523941_97730625-1920x1271

Jeżeli natomiast „środkiem” tym jest co innego, osoba ludzka zostaje zdeterminowana do bycia przedmiotem bez Przyszłości. Kiedy pseudo-„środkowi” brak jest siły wystar­czającej do zdeterminowania osób, jego „wyznawcy” gwałcą je strachem. Osoby traktowane są tu zawsze jako potencjalni wrogowie. „Wyznawcy” bowiem pseudo-„środków” wiedzą, że osoba ludzka nie wytrzymuje życia w obliczu pozorów prawdy; kłamstwo kłóci się z naturą człowieka. W świecie konstruowanym wokół pseudo-,,środka” gwałt w stosunku do osób polega na przymuszeniu ich do istnienia w obliczu nicości i dla nicości branej ze strachu za fundament rzeczywistości. Nicość determinuje osobę totalitarnie odbierając jej wszystko, co składa się na jej istotę: miłość, wiarę i nadzieję. W okresach tego rodzaju gwałtów społeczeństwo rozpada się na grupy, z których każda prowadzi własną politykę służącą „dobrom pojedynkowym”. Grupy te ulegają z kolei rozbiciu na podgrupy, aż w końcu na placu boju pozostają jedynie samotne, zamknięte jednostki. Już nie objawiają się one sobie, ponieważ nie istnieją w obliczu tego samego „środka”; każda z nich ma swoją prywatną „oś”, oś nicości, wokół której się obraca.  Takiemu społeczeństwu pisane jest zginąć, chyba że znajdzie się przynajmniej dwóch ludzi zwią­zanych miłością przyjaźni i jej sprawiedliwością, a więc przynajmniej dwóch, którzy spotykają się w prawdziwym „środku” i ku niemu osobowo istnieją. Muszą to być bardzo odważne osoby, ponieważ grozi im śmierć z ręki żyjących nicością. Ale właśnie tą odwagą i tą śmiercią stoi społeczeństwo nawet wtedy, kiedy przygniatająca większość jego członków opowiada się przeciwko tej odwadze a tym samym za tą śmiercią.

depresja1

Podobnie dzieje się ze społeczeństwem. Dezintegracja objawia się w nim, żeby posłużyć się znowu wyrażeniem Norwida, „duchem partyi” (Mitość), duchem frakcyjności; w jakąś całość wiąże wszystkie zwalczające się w niej oraz izolujące się jedna od drugiej grupy i jednostki pozór „środ­ka”. Może nim być dobrobyt, kariera, modne ubranie, silna ręka, nienawiść trzeciego i… jeszcze wiele innych podobnych rzeczy. Żaden jednak z tych „środków” nie stanowi axem personae, ponieważ każdy w swoim byciu „środkiem” zależy od człowieka i w nim ma swój fundament. Jest bowiem z czasu Oczywiście można próbować istnieć wokół każdego z nich, ale, jak pokazuje doświadczenie, wbrew samemu istnieniu. Przekraczanie siebie ku nieosobowej transcendencji w poszukiwaniu osobowego spełnienia zadaje gwałt ludzkiemu byciu. Między zaś samymi ludźmi dochodzi do wyniszczających ich konfliktów. Tu biorą początek wojny. „Środki”, które są za małe, żeby zadośćuczynić pragnieniu bycia jednej osoby, tym bardziej muszą okazać się za małe, żeby zadośćuczynić pragnieniu wszystkich.„Środek” jako taki zachowuje się totalizująco; jeżeli jest nim naprawdę Transcendencja, określa ona całość osobowego bycia i istnienia człowieka swoją nieprzedmiotową rzeczywis­tością.

jaka-jest-nasza-wiara-komentarz-liturgiczny-622x414

Przeszłość (to, có już jest) determinuje człowieka, określa go natomiast przyszłość (to, czego jeszcze nie ma). Osoba ów byt wezwany znajduje się w przyszłości; ona w przyszłości mieszka. Przyszłość określa ją, jak horyzont określa świat, w którym przebywamy. Horyzont nie jest żadnym przedmio­tem. Jest on tym miejscem na ziemi, w którym niebo spotyka się z nią zakreślając na niej przestrzeń ładu innego od porządku właściwego przedmiotom jako takim.Istnienie człowieka, nie określone przez Transcendencję na horyzoncie, a tylko zdeterminowane przez przedmioty (to, co już jest), podniesione do godności horyzontu, traci osobowy charakter, ponieważ traci wolność: przestaje więc kochać, wierzyć i mieć nadzieję. Człowiek jest o tyle zintegrowany, ile istnieje osobowo, to znaczy o ile wszystko w nim zmierza ku jednemu. Tylko horyzont jest jeden, przedmiotów nato­miast jest wiele i wszystkie znajdują się przed horyzontem. Znajdują się więc w czasie, który w stosunku do „Horyzon­tu” jest przeszłością. Wieczność stanowi Przyszłość całego czasu. I z niej człowiek bierze wolność. Ona go też scala. Im natomiast więcej w człowieku przeszłości, czytaj: czasowych determinizmów, tym więcej w nim dezintegracji. Im zaś więcej określeń ze strony Przyszłości, tym więcej w nim integrującej go wolności.

pobrane

Środek siedziby różnił się od jej reszty. Był niejako wyjęty z jej przestrzeni. W stosunku do niej stanowił coś transcen­dentnego i sakralnego. Dawał domostwu fundament i jedność; tworzył je, ponieważ bez jedności domostwo rozpada się. Zawsze jednak „środek” pozostawał inny od samego do­mostwa.Siedziba, przekazywana synom przez ojców, stawała się ojczyzną. Istnienie zdezintegrowanego człowieka nie jest domost­wem. Brak w nim bowiem tego, co nazwałbym axis personae, brak w nim osi, bez której nie ma osoby. Istnienie bez osi człowiek przeżywa jako istnienie bez sensu i bez wartości. Zmierza ono bowiem w stronę wielu różnych a niejednokrot­nie nawet przeciwstawnych sobie „środków”, z których każ­de daje mu inny sens. „Środki” dezintegrujące osobę, to zawsze jakieś szczegóły przestrzenno-czasowej rzeczywisto­ści związanej z człowiekiem. Szczegóły ze swej natury nie mogą organizować bycia ludzkiego, ponieważ same są do zorganizowania. Od nich istnienie człowieka ani się nie po­czyna, ani na nich się nie kończy. Istnienie, które opiera się na nich, staje się wręcz niezrozumiałe i nieobliczalne: „środki”, które nie są „środkami”, lecz zwyczajnymi przed­miotami, wziętymi za „środki”, determinują człowieka miast go tak określać, żeby mógł istnieć we właściwej sobie wolno­ści.

sokol_wiara

Zacznijmy od przeciwieństwa od dezintegracji: „czło­wiek zdezintegrowany” i „społeczeństwo zdezintegrowane”. Człowiek zdezintegrowany to ktoś, którego istnienie, jedno istnienie, idzie w kilku kierunkach uważanych przez niego za równorzędne. Człowiek, którego istnienie jest tak zdezo­rientowane, nie może się skupić, ponieważ zbyt wiele wartości pociąga go z jednakową siłą, zbyt wiele wartości stanowi dla niego „środek”, wokół którego usiłuje istnieć budować swój dom ethos. W każdym z tych domostw chciałby czuć się u siebie. Istnienie ma jedno, a siedzib chce mieć wiele, istniejąc w obliczu wielu równorzędnych wartości. We wszystkie wbija swoje jedno istnienie, jako w jego sakralny środek.Dla jasności muszę tu zrobić małą dygresję. Czytamy u M. Eliade, że pierwotne plemiona (pierwotne a nie prymitywne!) wędrowały (i wędrują) w poszukiwaniu ziemi, na której mogłyby budować swoje domostwo swój świat. Kiedy przy jakimś drzewie, kamieniu czy źródle stało się coś nie­zwykłego, upatrywano w tym znak dany przez wyższą siłę. W ten sposób bóstwo miało im objawiać środek ziemi przeznaczonej pod budowę ich stałej siedziby. W objawiony środek wbijano słup, od którego poczynali budować i mierzyć świat. Słup spełniał rolę jego osi axis mundi. Organizował całość tworzącego się domostwa: każde w nim miejsce i każdy element tego domostwa istniejąc niejako wokół „osi świata” znajdowały w niej miarę dla siebie, a więc sens i wartość.

wiara

Łaska ocalenia czeka na naszą osobową pracę.Jeżeli człowiek i społeczeństwo nie mają żyć w rozdarciu grożącym im zniszczeniem, w rozdarciu powiększanym przez strach, jakim często posługują się ci, którzy umieją tworzyć społeczeństwo jedynie na zasadzie jednostkowości człowieka pojmowanej materialnie; jeżeli społeczeństwo ma być czymś więcej niż tylko jakimś multitudo pionków pozbawionych godności, ponieważ pozbawionych siebie samych, człowiek musi wrastać w społeczeństwo swoją osobą. Człowiek jest bytem społecznym jako osoba. Spełniając to, do czego jest w sobie samym wezwany, tworzy on społeczeństwo, którego nie zżerają antyspołeczne, bo antyosobowe formy konstruo­wane wprawdzie przez ludzi ale poza człowiekiem. Scalając siebie człowiek scala społeczeństwo. Tworząc siebie wchodzi w społeczne życie. Integrując siebie integruje innych i z tej integracji osób wyrasta społeczna całość. Co to znaczy?Nie mamy doświadczenia rzeczywistości zupełnie zdezin­tegrowanej, to znaczy całkowicie rozbitej na odizolowane od siebie nawzajem elementy, tak jak nie mamy doświadczenia rzeczywistości absolutnie zintegrowanej, czyli istniejącej jako absolutna jedność. Innymi słowy nie mamy doświadczenia ani nieba, ani piekła. Żyjemy w stanie, w którym integracja idzie lepsze z dezintegracją. Nieustannie bronimy osobowych więzi przeciwko izolacjom, a bronimy ich tworząc je. Mówimy „człowiek zintegrowany”, „społeczeństwo zin­tegrowane”. Co przez to chcemy powiedzieć?

wiara-jest-laska-komentarz-liturgiczny-622x378

Dobro bowiem osobowe, mające ostatecznie religijną naturę, jawi się wszędzie tam, gdzie jest miłość. Miłość zaś to tylko kształt dany istnieniu człowieka przez jego wolność. Wolność czyni, że działanie człowieka jest miłością, wolność czyni że jest ono nadzieją oraz wiarą. Wolność czyni, że człowiek staje się zdolny dostrzegać nie tylko tę prawdę, którą on już jest, ale także i tę, którą on dopiero ma się stać. Wolność i ta prawda większa od człowieka stanowią źródło moralnych zobowiązań i wyrażającego je prawa.Jeżeli zatem integracji społeczeństwa dokonuje się nie na osobowej płaszczyźnie, lecz w materialnej mierze jednost- kowości człowieka, wówczas musi dojść do konfliktu pomię­dzy osobową miłością, wiarą i nadzieją oraz społecznymi więziami, jakie z nich wynikają, a kształtem wspólnego życia narzuconym społeczeństwu tak, jak narzuca się formę ma­terii. Sytuacja się pogarsza, kiedy formę tę narzuca się w imię Boga.„Całość” społeczna narzucona ludziom czyni z nich tłum. Najświętsze cele okazują się w nim bezsilne wobec doko­nującej się z żelazną logiką metamorfozy społeczeństwa w to, co św. Tomasz z Akwinu nazywa multitudo. W konfliktach tłumu i jego organizatorów z osobami istniejącymi z koniecz­ności w przyjaźniach „nocnych spotkań” społeczeństwo ulega zniszczeniu; giną bowiem osoby.

z6878588Q,Szkola

Problem stosunku społeczeństwa do jego członków i od­wrotnie członków do swojego społeczeństwa, próbowano swego czasu wyjaśnić za pomocą rozróżnienia dwóch aspek­tów w człowieku: jednostkowego, związanego z material­ną stroną jego bycia, oraz osobowego (personalistycznego) mającego charakter duchowy. Jako jednostka człowiek miał­by tkwić w społeczeństwie na sposób jednej z wielu jego części. Jako osoba, a więc jako byt duchowy, wyrastałby ponad społeczeństwo, stanowiąc świat dla siebie, mający własny cel, większy od społeczeństwa.Człowiekiem-jednostką kierowałby ideał powszechnego kulturowo-materialnego dobra, człowiekiem-osobą ideał ostatecznego szczęścia, pojętego jako zbawienie w sensie religijnym, spełniającego w ludziach ich człowieczeństwo. W konsekwencji człowiek żyłby w dwu porządkach: w osobo­wym oraz społecznym oddzielonych od siebie. Osobowy korygowałby od czasu do czasu porządek społeczny.W perspektywie takiego rozróżnienia uczestniczenie człowieka w scalaniu się społeczeństwa różni się w sposób zasadniczy od scalania, jakie dokonuje się w samym czło­wieku jako osobie. Pęknięcie dzielące integrację społeczną od integracji osoby ma niebezpieczne następstwa zarówno dla osoby jak i dla społeczeństwa.

zywa-wiara-foto-main

Twórcza społeczność w samym swoim byciu jest sprzeciwem w stosunku do menagerów „miłujących” bierność u innych. Im bardziej jej bycie jest byciem komunionalnym, im bardziej jedna osoba utożsamia się z inną osobą, im małżeństwa oraz rodziny są bardziej sobą, tym mocniejsze i wolniejsze jest społeczeństwo z nich ukonstytuowane. Osoby tworzące taką społeczność, spełniają razem to, co każda z nich spełnia także osobno. Nie uczynią one na rynku niczego, czego musiałyby się wstydzić w swoich domach.Czymże zatem jest integracja? Etymologicznie rzecz bio­rąc polega ona na tworzeniu całości z części, na ich scalaniu. Zintegrowany byt to byt, który posiada wszystkie części potrzebne do doskonałego bycia, istnienia i działania. Kiedy myślimy o integracji, myślimy o jakiejś całości, której jako kategorii organizującej podporządkowują się części. Jak się układa stosunek pomiędzy całością, jaką jest społeczeństwo, a jej częściami, którymi są osoby? Nie ma nic większego i godniejszego na tym świecie od osoby ludzkiej, więc jak rozumieć społeczną całość utworzoną z przekra­czających ją osób?

images

Jeżeli którejś z nich uda się narzucić pozostałym swój interes i swoją sprawiedliwość, powstaje społeczeństwo, które razem wytwarza jedynie przedmioty, ale nie pracuje. Praca bowiem wypływa ze zespolonych istnień osobowych. Dlatego ludzie zmuszeni do wytwarzania razem przedmiotów spełnią w ma­sie czyny, których poza nią nie spełniliby nigdy, ponieważ łączy ich tylko działanie sterowane z zewnątrz, nie łączy ich natomiast własna osobowa rzeczywistość. Nie są razem, mimo że robią coś razem. Wbrew pozorom nie są zinte­growanym społeczeństwem. Prawdziwe przyjaźnie, których głód wzmaga się w takim społeczeństwie, z konieczności wynurzają się na powierzchnię życia zazwyczaj wieczorem, nikodemowym sposobem, jako że łączą ludzi w źródłowej warstwie ich osobowego istnienia wbrew narzuconemu pra­wu, a zatem i wbrew manipulującej kontroli ich postępowania przez tych, którzy mają się za panów w tej dialektyce.Społeczność osobowo ukonstytuowana przestaje być ma­są podatną na manipulacje czy tłumem kierowanym emo­cjami rozpalanypi z zewnątrz. Jest bowiem społecznością twórczą, poetycką (pojein znaczy tworzyć). Ten, kto two­rzy, nigdy nie funkcjonuje biernie.